bule
zaloguj sie na forum
bules

Centrope Warsaw

28-08-2006, godz. 19:35

23 sierpnia 2005
20.08.2005 odbył się w Warszawie kolejny turniej, przedostatni, z serii Centrope Cup. Na zmagania w stolicy Polski przyjechały ekipy z Czech, Słowacji, Austrii, Węgier, Francji oraz rodzima czołówka.

Cały turniej odbywał się w Parku Saskim, w sercu Warszawy. Już po raz drugi miejsce to gościło fanów petanque. Ponieważ pierwszą edycję „Międzynarodowych Mistrzostw Polski”, czyli imprezę macierzystą Centrope Cup, znam wyłącznie z legend i opowiadań, tak naprawdę nie mam porównania. Panujące jednak w Polsce podania i historie obiecywały wiele, wielki był też apetyt i oczekiwania. Muszę przyznać, że te rozbudzone nadzieje sprawiły, iż początkowo byłem trochę zaskoczony, a może nawet zawiedziony. Nie było bowiem wielkich fajerwerków, żadnych specjalnych atrakcji i właściwie niczego szczególnego poza standardowym, namiotowym biurem zawodów, wytyczonymi boiskami i ogrodzonym placem gry. W pewnym sensie w niezwykły sposób rozwiązany był catering, jeszcze chyba nigdy nie mogliśmy jeść tak prosto, a jednocześnie w tak wykwintnej scenerii.

Podobnie jak ostatnio we Wrocławiu, petanque wróciło do korzeni. Turniej odbywał się w parkowych alejkach pokrytych lekkim grysem. Cierpieli zwolennicy boisk grząskich lub równych jak stół. Grunt był raczej twardy, w trakcie zawodów często można było słyszeć żarty o grze na betonie. Zawodnicy, którzy grali również na zeszłorocznym turnieju i mieli pewne porównanie narzekali, że warstwa grysu jest już ledwie symboliczna. Właściwie optymalne warunki do gry zapewniały tylko boiska 1-16, czyli te, które przygotowane były na placu w centrum parku. Pozostałe pola wykorzystywały parkowe alejki, twarde i wąskie, miejscami nawet kamieniste. Tam brylowali kulkowi spryciarze, którzy potrafili szybko rozpoznać teren i dobrać technikę do warunków na boisku.

Niewielki zawód sprawiało nienajlepsze nagłośnienie, ale za to strona wizualna porażała pomysłowością i profesjonalizmem (wielki ekran z wynikami, zegar z czasem rundy – rewelacja). Chciałoby się oglądać takie rzeczy na każdym polskim turnieju. Świetnym pomysłem okazał się tez stół kreślarski z tabelami gier.

Rzeczą, której wszyscy organizatorzy turniejów powinni się uczyć od klubu warszawskiego jest na pewno przygotowanie pod względem marketingowym. Oprawa graficzna (plakaty, ulotki, itp.) są na poziomie iście europejskim – no, w końcu to stolica. Godne zauważenia jest również to, że turniej odwiedziło co najmniej sześć ekip telewizyjnych i radiowych. Nie widzieliśmy tego na przykład w Żywcu (tu duża bura, bo MP muszą zaistnieć w mediach).

Aby jednak nie było zbyt słodko muszę również wspomnieć o potknięciu, którego osobiście nie jestem w stanie przemilczeć. Chodzi o dobór obsady sędziowskiej. Centrope Cup jest obok turniejów żywieckich naszą międzynarodową wizytówką i niedopuszczalne jest, aby na takich turniejach sędziowały osoby bez uprawnień sędziowskich. Takie rozwiązanie sprawy jak w tym roku w Warszawie stanowi wręcz pewnego rodzaju policzek dla wszystkich sędziów, zwłaszcza, że z obecnych na turnieju osób z licencjami sędziowskimi można było skompletować bez większego problemu trzy składy. Jest to chyba jedyna wpadka organizacyjna warszawskiego klubu, szczególnie więc zwracam na to uwagę.

Istotą jednak turnieju była sama gra, dość więc już o sprawach technicznych. Cała zresztą impreza rozpoczęła się bez długich wstępów. Niektóre ekipy przybyły na turniej w składach identycznych, w jakich występowały tydzień temu na Mistrzostwach Polski, tak było np. w przypadku trzech pierwszych drużyn tamtego turnieju ($$$, Ramaya, Jedlina V), większość jednak przetasowała się, chociaż bez rewelacji. Znów „języczkiem uwagi” stał się Daniel Siara, który zasilił niedawne Hefalumpy, Dominika Pilarskiego i Tomka Lipczyńskiego ( 2/3 składu zeszłorocznych tryumfatorów). Do oryginalnego składu powróciły Pytongi. Obecny był także Zdzisław Kmieciak (zwycięzca sprzed roku) ze swoim tripletem.Eliminacje rozegrane zostały, zgodnie z oczekiwaniami, systemem szwajcarskim z bucholcem. Trudno opisywać co dokładnie działo się w trakcie eliminacji, runda po rundzie, w systemie szwajcarskim cokolwiek zaczyna klarować się dopiero po trzeciej turze. Trzeba też pamiętać o „kolejce cudów”, ostatniej rundzie, gdy zespoły z pierwszej dziesiątki walczą o przetrwanie, a w tym samym czasie rzemieślnicy wieńczą swój marsz z szarego końca sukcesem.

Dość szybko wyklarowała się grupa liderów w turnieju. Na pierwszych boiskach potykały się ekipy Bogdana Zająca (są to znane wszystkim Pytongi, ale drużyny na turnieju nazywane były, francuskim zwyczajem, od nazwiska kapitana), Magdy Błasiak, Bogusława Biela, Dominika Pilarskiego, Andrzeja Śliża i Mateusza Markiewicza, którym kroku dotrzymywały ekipy gości – Jozsef Havasi, Miklosne Sule, Philipe Berthomier.Pozostałe drużyny pojawiały się w czołówce, by zaraz potem spaść na dalsze pola, niektóre nawet na odległe boiska o niepewnej nawierzchni (pola 17 – 25). Dość niespodzianie na faworytów turnieju, z rundy na rundę urastały ekipy Bogusława Biela i Bogdana Zająca. Zawsze niebezpieczni pretendenci do tryumfu, drużyny Dominika Pilarskiego i Andrzeja Sliża, czaiły się gdzieś za ich plecami, zapewne zamierzając zaatakować dopiero w fazie pucharowej.Drużyna Bogusława Zająca nie poniosła w eliminacjach ani jednej porażki i aż nazbyt oczywista stawała się analogia do finału Mistrzostw Polski, gdy pierwszego dnia Pytongi grały wyśmienicie. Jarek Nowak żartował sobie nawet, że „po prostu nie leżą mu dwudniowe turnieje”. Zaskakujące nieco były pozycje po eliminacjach drużyn z podium MP w Żywcu. Andrzej Śliż ($$$) zakwalifikował się na ósmym miejscu, Mateusz Markiewicz (Ramaya) był dziewiąty. Największy jednak zawód sprawił zespół z Jedliny (Leszek Orpel – Jedlina V), który wygrał zaledwie trzy spotkania i zakończył turniej na osiemnastym miejscu, poza elitą. Gdzieś po drodze zgubił się też bardzo dobrze spisujący się Marek Bąba ze swoim zespołem.Słabsza forma w eliminacjach Ramayi i $$$ miała fatalne skutki zwłaszcza dla tych drugich. Obie ekipy spotkały się już w pierwszej rundzie play off. Wynik 13:9 na korzyść „dolarów” tylko w niewielkim stopniu oddaje walkę, jaką mogliśmy oglądać. W pierwszej rundzie z turniejem pożegnała się również Magda Błasiak, co było pewną niespodzianką, gdyż przeciwnik, Janusz Mazurkiewicz, wszedł do finałów z czternastej pozycji (wynik 13:11). Największą jednak niespodzianką, a raczej sensacją, była przegrana w pierwszej rundzie Dominika Pilarskiego. Na domiar złego Hefalumpy przegrały z drużyną Czesława Apiecionka, czyli grupą weekendowych graczy. Niczego nie usprawiedliwia wynik (13:12), Hefalumpy zlekceważyły przeciwnika, pozwoliły mu uciec i zbyt późno zabrały się do odrabiania strat. Aż trudno uwierzyć, że tak polegli czołowi zawodnicy naszego kraju, właściwie pokonali się sami oddając zupełnie inicjatywę.Tą porażkę jednak już w następnej rundzie pomścił Jerzy Krawczyk z synami (13:3). Ostatnią zagraniczną drużynę wyeliminował też Bogusław Biel (Biel – Havasi 13:4). Z liderem eliminacji wygrał też Mistrz Polski (Śliż – Zając 13:4). Złośliwi mogli zauważyć, że ten pojedynek miał drugie dno, gdyż obaj kapitanowie nie pałali ostatnio do siebie miłością. Jedynym wynikiem świadczącym o próbie podjęcia walki było 13:9 w meczu Melski – Mazurkiewicz. Półfinały były już ucztą dla oka. Rewelacyjnie grali polscy juniorzy: Szymek Kubiesa w drużynie B.Biela i Mateusz Krawczyk w ekipie Jurka Krawczyka. Jeszcze raz okazało się, że zespół dwóch boiskowych lisów potrafi wygrywać tak na, jak i poza boiskiem. Augustyn Melski i jego koledzy nie mieli szans już od samego początku, ich psychika co rusz wystawiana była na ciężkie próby, by w końcu poddać się. Trzeba jednak przyznać, że i tak należą się im słowa uznania, gdyż presja stwarzana przez parę Biel/Dąbrowski przy braku pomyłek Szymka „Boulardo” Kubiesy była ogromna (wynik 13:8). Drugi pojedynek półfinałowy również udowodnił, że petanque jest grą psychiki. Jeden tylko Mateusz Krawczyk wystarczył do pokonania Mistrzów Polski. Junior z Dzierżoniowa królował na boisku i robił dosłownie co chciał. Jego partnerzy dobrze wykorzystali moment słabości Kasi i Jedrka Śliżów i na placu boju raz po raz zostawał osamotniony ojciec tego rodzeństwa. Pod koniec meczu żywieckie „dolary” wróciły do gry, ale było już za późno. W ostatniej rozgrywce Jędrzej po raz kolejny udowodnił, że wolałby strzelać do świnki na dziesiątym metrze, niż grać puentę (pisane tak, by odróżnić od innego znaczenia słowa „pointa” – przyp. red.), zmuszony do układania musiał skapitulować (wynik 13:9).Z przyczyn technicznych (oświetlenie) mecz finałowy rozpoczął się wcześniej niż pojedynek o trzecie miejsce. Oba skończyły się jednak niemal równocześnie.W spotkaniu o trzecie miejsce poukładane na powrót „dolary” szybko, ale nie bez walki pobiły drużynę Augustyna Melskiego 13:8. Finał był majstersztykiem gry pozaboiskowej. Bogusław Biel i Jarek „Generał” Dąbrowski wyłączali przeciwników jak chcieli, „paląc ich” bezlitośnie. Jedynie rewelacyjnie spisujący się Mateusz Krawczyk pozostawał nieczuły na te zabiegi i jego pojedynek z Boulardo elektryzował wręcz warszawską publiczność. Drużynie Jerzego Krawczyka udało się zdobyć pięć punktów i utracili świnkę. Zdaje się, że zarówno oni, jak i wszyscy kibice poczuli, że to powinny być jedyne punkty, jakie uda im się wyrwać ekipie z Żywca. Czarne chwile przeżywał Łukasz Karwczyk, który wybity z rytmu nie mógł przez długi czas powrócić do gry. Senior i kapitan drużyny grał zbyt nierówno, by powstrzymać tak silnego przeciwnika. Żywczanie również poczuli się pewni swego po doprowadzeniu do stanu 13:5 i wtedy właśnie pozwolili sobie na chwile dekoncentracji, a w ślady Łukasza Krawczyka poszedł Jarek Dąbrowski. Przez moment mecz przyjął kuriozalną formę pojedynków jeden na jednego: rewelacyjnych Mateusza i Szymka oraz psujacych raz za razem Jarka Dąbrowskiego i Łukasza Krawczyka. Jednak w trzeciej parze to Bogusław Biel tego dnia okazał się dużo lepszy. Mimo że drużyna z Dzierżoniowa ostatecznie zdobyła aż dziesięć punktów ich los został przesądzony w momencie, gdy do gry wrócił popularny „Generał” – Łukaszowi Krawczykowi nie udało się to do samego końca. Zdeprymowany ta dysproporcją siły Mateusz zaczął się mylić i to było już gwoździem do trumny, gdyż na sile tego zawodnika opierało się powodzenie całej drużyny.

Tego dnia bez wątpienia wygrali najlepsi, widać to było już od eliminacji. Trzecie miejsce również zawodników z Żywca i fakt, że wszystkie te lokaty okraszone zostały nagrodami pieniężnymi pozwala sobie tylko dopowiadać co też będzie się działo w boulowej stolicy górali.

Dekorację tryumfatorów poprzedziło losowanie loterii fantowej przygotowanej przez organizatorów. Zdaje się, że ułożony przez los scenariusz nadrobił za wszystkie wieczorki kabaretowe – poza jedną nagrodą dla reprezentantki Słowacji wszystkie inne trafiły do klubowiczów z Warszawy i pełniącej obowiązki „sierotki” Danuty Zając. Widzowie jednak ubawili się setnie.Cały turniej zamknęła sielska biesiada, której jednak, mam nadzieję, nikt nie zrelacjonuje.

By rzecz ująć w pigułce: duży turniej w dużym mieście, ciężki teren, rewelacyjna organizacja (z jednym potknięciem) i bezpardonowa walka.

…a kto nie był, ten trąba.

Autor: Maciek Ziółkowski...

wszystkie relacje >>

Komentarze:

Brak komentarzy

Aby dodać komentarz zaloguj sie na FORUM
SiteMap: Archiwum News | Artykuły / Felietony | Relacje | Kurs | Sedziowskie Oczy | Galeria | FAQ | Z Sieci | Mapa Petanque

Box Reklamowy:
Oświetlenie
Lampy i żyrandole do domów
www.zal.com.pl

Inspektor nadzoru

CrawlTrack: free crawlers and spiders tracking script for webmaster- SEO script -script gratuit de détection des robots pour webmaster